Pojechaliśmy sobie na kemping na jeden dzień na próbę - t...
Pojechaliśmy sobie na kemping na jeden dzień na próbę - ten, na którym mieliśmy spędzić miesiąc - i jakoś nie siadła atmosfera. Albo pamiętaliśmy to inaczej, albo nam się odmieniło.
Kemping pełen stałych bywalców - od wjazdu było wielkie poruszenie wśród Włoskich emerytów, że ktoś nieznany przyjechał i to jeszcze na zagranicznych blachach. Jak tylko stanęliśmy na wyznaczonym miejscu, to sąsiedzi już dyskutowali z kierownikiem kempingu pokazując na naszą parcelę.
Parcele też dostaliśmy malutką, Starlink nie łapał przez drzewa, a obok były rozszczekane psy, które oszczekiwały nas i Freje przy każdym wyjściu.
W recepcji dostaliśmy też listę zasad - czy raczej kartkę A4 z rzeczami, których kategorycznie nie można robić (wielkimi literami). Część z nich to - zakaz uruchamiania silnika i wyjazd bez powiadomienia recepcji, zakaz używania nieprzeznaczonych do tego celu zbiorników do wylewania szarej (zapomnij o wiaderku), kategoryczny zakaz robienia serwisu poza wyznaczonymi godzinami (łącznie 4 w ciągu dnia 1 rano, dwie po sjeście i jedna wieczorem) i wiele innych...
Z tym serwisem i szarą to największy absurd, bo łazienki nie nadawały się do użytku - brak ciepłej wody, toalety bez desek, mrówki wszędzie i po prostu syf, a naprawdę widzieliśmy słabe warunki i jesteśmy przyzwyczajeni. Trzeba wtedy używać swojego kampera - ale żeby nie ruszać z parceli, to przynosi się wodę w baniakach, a szarą albo jeździ zlewać co dwa dni, albo wynosi w wiaderku. Kto ma miejsce, żeby wozić specjalny pojemnik na kółkach do mydlin...
Zakupy też lubimy ogarnąć z rana, a recepcja otwierał się między 9:30 a 10:30 - zależy jak właścicielowi zejdzie.
Wszystko to spowodowało, że spasowaliśmy. Pojechaliśmy na zwykły betonowy kamperstop, z bramą na telefon, bez "udogodnień", ale i udziwnień. Woda, prąd, serwis i tyle.